Chcę być głosem najbiedniejszych w naszym mieście. Rozmowa z Agnieszką Zawadą

Odkąd się znamy, Agnieszka mnie stale zaskakuje. Po pierwsze przepysznym ciachem, które sama upiekła, bo chciała mnie dożywić. Po drugie swoją cierpliwością… Czy wiecie, ile czasu zajmuje wyhaftowanie krajobrazu krzyżykami? Pół roku! Pół roku dłubania igłą, rozplątywania nitek, szukania zgubionych kolorów! A najważniejsze, że jest to dla mnie dowód na niesamowitą wytrwałość tej kobiety. Wierzę jej, gdy mówi, że chce być głosem najbiedniejszych w naszym mieście i że nie wolno przesiedlać mieszkańców centrum na obrzeża – bo oni tam sobie nie radzą. Koniecznie przeczytajcie tę rozmowę. 

 

Cześć Agnieszko! Jak się masz?

Dobrze. Zalatana jestem.

Jak każda kobieta we wrześniu. Jesteś mamą szóstki dzieci – wrzesień jest wymagający dla Ciebie.

Nie jest tak źle. Ale dzisiaj akurat z tatą musiałam jechać do szpitala w Międzylesiu i trochę się zeszło. To tu, to tam i się zeszło.  

Mam nadzieję, że teraz wszystko w porządku…

Tak, dajemy radę.

Powiedz, jak znalazłaś się w Józefowie? Kandydujesz na radną. Moi czytelnicy są ciekawi, jakie historie sprowadzają ludzi do naszego miasta.

Miłość mnie tu sprowadziła (śmiech). Pochodzę z okolic Ostrowii Mazowieckiej, a męża poznałam w pracy, w Warszawie.
I tak jesteśmy już razem 13 lat.

Czym się zajmujesz na co dzień?

Domem, rodzicami, dziećmi, rękodziełem. Haftuję obrazy, obrusy, które trafiają czasem nawet do USA. Ale moją pasją są torty. Uwielbiam przygotowywać słodkości. Piekę bez polepszaczy konserwantów, na maśle. Mam do tego talent i coraz bardziej, coraz częściej tęsknię za tym, żeby się skupić właśnie na pieczeniu i dekorowaniu ciast. To jest taki temat, który ciągnie się za mną od dawna. Muszę go zrealizować. Ulubione pytanie, jakie ludzie mi zadają to: kiedy upiekę następne ciasto do kawy.

No właśnie, kiedy?

Na pewno na świętowanie wygranej w wyborach samorządowych. Przygotuję fantastyczny tort na tę okazję, bo pierwszy raz radną zostaje się jeden raz…

Wspaniały pomysł. To skoro już jesteśmy przy wyborach, dlaczego kandydujesz? Jaki masz pomysł na swoją pracę w Radzie Miasta?

Hmmm, ja mogę być głosem tych najbiedniejszych mieszkańców Józefowa. Złości mnie, że są przesiedlani z centrum miasta na obrzeża – bo nie mogą się tam odnaleźć. Chodzi mi o brak komunikacji, o brak infrastruktury. Lekarze są niedostępni, bo nie ma jak do nich dojechać. Co z tego, że miasto jest piękne i ma cudowną, czerwoną kolejkę w centrum, jak z Wiązowskiej nie ma jak się wydostać. Jak ktoś porusza się o kulach – to nie ma takiej możliwości, żeby doszedł 2.5 kilometra do pociągu czy do przychodni. Latem to jeszcze pół biedy, ale zimą, gdy wcześnie robi się ciemno, a ulice są mokre? Sądzę, że jako radnej uda mi się wnieść coś nowego w życie ludzi, którzy są, tak jakby odtrąceni od społeczeństwa.

A jakie potrzeby widzisz w pierwszej kolejności?

Przede wszystkim monitoring i kamery. Ludzka pamięć jest słaba, a kamera wszystko zarejestruje. I tego, co wywozi śmieci nad Łachę i tego, który źle zaparkował samochód.

Po drugie place zabaw po drugiej stronie torów. Jak najbliżej Wiązowskiej 95. Tam dzieciaczki nie mają co ze sobą zrobić. Najbliższe place zabaw to OKS Józefovia – a potem dopiero Wronia. I ten plac zabaw należy przecież do osiedla Wronia – nie można z niego korzystać bez zaproszenia.

Po trzecie bezpieczna Wiązowska. Tam w ogóle nie ma przejść – ludzie muszą, jak kaczki, uciekać przed pędzącymi samochodami. Możliwe, że przydałyby się fotoradary, bo ograniczenie prędkości na pewno nie zadziała.

Żłobek w Józefowie by się przydał. Kobiety chcą pracować, ale co z tego, jak nie mają z kim zostawić dzieci do 3 roku życia. Prywatne żłobki są drogie. Nie każdego na nie stać. Państwowy żłobek na pewno zapełniłby się dziećmi.

Konieczne są też kosze na śmieci. Zaśmiecony brzeg Świdra to przecież rezultat tego, że za daleko jest nieść śmieci do domu. Przydałoby się też uruchomić służby oczyszczania miasta. Bo centrum sprzątają bardzo dobrze, ale wystarczy wejść głębiej w miasto i co chwila napotykamy się na butelki po alkoholu.

No i łatwiejszy dostęp do mieszkań dla młodych. To bardzo ważne, żeby młodzi ludzie zaczynali życie bez tej całej niechęci urzędników, którzy widzą w kółko patologię, zamiast ludzi.

No i komunikacja z centrum miasta. Niektórzy, którzy nie dają rady korzystają z taksówek, ale skarżą się na wysokie koszty. Na pewno można wymyślić jakiś sprytny sposób na dowożenie ludzi do urzędu, do przychodni, do biblioteki.

Osobiście nie podoba mi się wycinka lasu. To przez nią mamy dziki w mieście – a to przecież my wkroczyliśmy na ich teren wycinając drzewa i grodząc tereny.

Tak, dziki to ostatnio jeden z osobliwych problemów w mieście. Trudny do rozwiązania, bo z dzikami nie da się usiąść do stołu, żeby rozmawiać.

Ale to przecież my żeśmy weszli na ich teren. O czym tu gadać? Zniszczyliśmy ich dom, a teraz dziwimy się, że one wchodzą do naszego. Na szczęście one są oswojone. Wiedzą, że w mieście dostaną coś do jedzenia. Niepotrzebnie robimy aferę z tego, że one tu są. Raczej należy je traktować tak, jakby przychodziły z petycją do burmistrza – żeby przestać niszczyć ich dom.

W co byś zainwestowała w Józefowie, gdyby nic Cię nie ograniczało, a miałabyś całkowicie wolne środki?

Przede wszystkim w kamery. W jakiś monitoring miejski. Już mówiłam wcześniej – jesteśmy ludźmi, niewiele pamiętamy – a kamera wszystko zapamiętuje.

I koniecznie w remonty wszystkich drewnianych domów, bo to nasza wizytówka. Jeszcze trochę i spalą się wszystkie…

I przydałaby się stołówka dla najbiedniejszych – dla dzieci w szczególności. One tak często głodne chodzą. Zamiast dawać pieniądze, które i tak rodzina przepije – lepiej stworzyć stołówkę i te dzieciaki nakarmić. A może udałoby się przy okazji jakieś ciekawe zajęcia im zaproponować.

Jakie masz sukcesy?

Och, mam ich wiele. Byłam nad morzem. To wielka sprawa, bo nigdy nie widziałam morza. Teraz chcę jechać w góry, ale to na wiosnę, bo krokusy wtedy kwitną. Byłam na Mazurach i widziałam Jezioro Śniardwy. Zawsze nie było pieniędzy, a teraz jakoś się udało. I to jest wielki sukces.

Co jeszcze…

Urodziłam 6 dzieci. Wychowałam. Najstarsza córka ma 20 lat, a jestem już babcią.

Jestem dumna z tego, że umiem być dobrą gospodynią. Nie jest dla mnie problemem, jak trzeba urządzić Wigilię dla całej rodziny. Najwyżej siądę do stołu bez makijażu, ale Wigilii to przecież nie szkodzi.

W przedszkolu, na kiermaszach, większość sprzedanych ozdób to te mojego autorstwa. Lubię robić to moje rękodzieło i ludzie to doceniają.

A jaka jest najtrudniejsza rzecz, z którą sobie poradziłaś albo codziennie sobie radzisz?

To jest taki wstydliwy temat. Boję się o tym mówić, bo ludzie zaraz powiedzą, że to niedobrze, że taka radna jest w mieście? …

… Chodzi o alkoholizm w moim otoczeniu. Zmagam się z chorobą męża i mam dużą wiedzę o tym, co alkohol robi z rodzinami. A alkohol to nie tylko pijący mąż, czy ojciec, ale także matka, żona i córka. Tak strasznie trudno się o tym mówi.

Agnieszko, pytam o trudne rzeczy, z to właśnie z nich wynika najwięcej dla mieszkańców. Wiem, że nasza, ludzka moc, wykuwa się właśnie na tych najtrudniejszych doświadczeniach. Jak mówisz mi o alkoholu to od razu serce mi się wyrywa, bo czuję i wiem, że będziesz najlepszą osobą, która poprowadzi tematy związane z profilaktyką nałogów w naszym mieście. Czujesz, że mogłabyś się tym zająć?

Hmmm, nie tylko alkoholu, ale też w zakresie narkotyków. Ja wiem, co to znaczy, jak młodzież mówi, że idzie po Andrzeja. A Państwo, jak zobaczycie w internecie takie hasło, to nie wiedzcie, że nie chodzi o kolegę z klasy. Jestem mamą szóstki dzieci i mieszkałam jakiś czas w otoczeniu ludzi, którzy piją i biorą. Wiem, co mówię. No i urzędnikowi na pewno jest trudno powiedzieć, że jest się bitym. A już jak żona bije męża … Nikt o tym nie powie. Bo jak. Możliwe, że mogę być takim punktem dla kobiet w ciężkiej sytuacji. No i może udałoby mi się wypracować jakiś sensowny sposób komunikacji z urzędnikami. Oni nie są zbyt chętni do współpracy, jak się ma niewłaściwy adres. Ale najbardziej myślę o tym, że kobieta kobietę zrozumie. I ja bym mogła im nieść takie światełko nadziei, że może być lżej…

Jaka byłaby pierwsza rzecz, którą rekomendujesz, żeby zrobić, żeby wdrożyć w naszym mieści i poradzić sobie z nałogami? To jest, w sumie, temat tabu.

Myślę, że już dużo dobrego się zadziało, bo wróciły ośmioklasowe podstawówki. Nastolatki może będą trochę bardziej dziecinne, ale ktoś będzie miał na nich oko – ktoś, kto je zna. Bo te wielkie gimnazja – molochy, to tylko uczyły złych zachowań.

Na pewno warto docierać do szkół i do rodziców, żeby mówić im, o tym, czym są nałogi. Dzisiaj nie widać – tak jak 20 lat temu, że ktoś, coś bierze. Środki są nowoczesne i mądrze się nazywają. Dobrze by było stworzyć projekty, które pozwolą takie działania podejmować, żeby rodzice umieli rozpoznać z czym mają do czynienia. Bardzo bym chciała być częścią takiej akcji. Może tak to zorganizować, że ja kogoś nauczę, a potem ktoś nauczy jeszcze kogoś…

I powinno być też miejsce, do którego mogą zgłaszać się kobiety poszkodowane, albo takie, które nie umieją poruszać się w tej przemocowej sytuacji. Ja sama byłam w sytuacji, gdy policjant – nie w naszym mieście – nie przyjął zgłoszenia, bo to przecież „sprawy rodzinne”. To się powinno skończyć – taka samowolka policji.

A jak zabezpieczyć młodych ludzi przed zgubnym skutkiem nałogów?

Przede wszystkim wymagać od nich. Jak się całe dzieciństwo i młodość spędziło na graniu na komputerze, czy na smartfonie, a potem trzeba pójść do pracy, to się okazuje, że w życiu nie jest, jak w grze. To jest taka moja rada dla rodziców – wymagajcie od swoich dzieci. Bo, jak oni nie umieją sobie poradzić z trudnościami, to potem robią głupie rzeczy.

Dziękuję za rozmowę.

Podziel się:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *